Celtic Pride!

Mamy Boston w playoffs.

Wielu może stwierdzić, że to bez sensu. Przecież jesteśmy w trakcie przebudowy i powinniśmy ścigać się raczej o pierwsze miejsce w wyścigu „tankowców”, a nie szukać szczęścia w playoffs. Ten artykuł to moja własna, subiektywna opinia o sytuacji w Bostonie i jak dla mnie, przebudowa chyli się ku końcowi. Dlaczego?

Trzon zespołu się wykrystalizował. Brad Stevens uczynił z mieszaniny zawodników nieznanych niedzielnemu fanowi NBA, głodnych gry pitbulli walczących o każdą piłkę, o każdy centymetr boiska. Patrzę na nasze młode koty i jestem pod wrażeniem. Jestem dumny, że jestem fanem Celtów. Pokazali, że można walczyć do syreny końcowej, do ostatniego meczu, że nie nazwiska grają w koszykówce. Stworzyli kolektyw i razem wyszarpali siódme miejsce. Każdy zawodnik, w każdym meczu, dawał z siebie absolutnie wszystko. Kiedy z gry wypadał jeden, to inny pokazywał, że może wejść w jego buty. Szacunek należy się im wszystkim: od Isaiah Thomasa, po Geralda Wallace’a.

Nie byłoby jednak tego sukcesu bez trenera. Brad Stevens jest bez dwóch zdań kandydatem na szkoleniowca roku. Poukładał zespół i pokazał, że potrafi rozpisać kluczową akcję (pozdrowienia dla Raptors!). Wydobył ze swoich zawodników wszystko co najlepsze i mimo tego, że pewnie w wyścigu po nagrodę wyprzedzą go: Budenholzer, Pop, Kerr czy Kidd, to Brad wykonał świetną robotę. Czekam teraz na to, jakie rozwiązania taktyczne pokaże w playoffs. Kto do krycia LeBrona, jak wykorzystać indolencję obronną Irvinga i Smitha oraz wiele, wiele innych.

Już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć jak poradzą sobie Celtowie. Wierzę, że są w stanie sprawić Cavs spore problemy i nie martwię się o ich zaangażowanie. Zaczyna się magiczny czas. Okres, w którym wszystko jest możliwe. Believe in Green!